czwartek, 13 listopada 2014

Samotna wyprawa.

I stało się. Aleksandra Michalewska musiała samodzielnie wybrać się w wielki świat. Uzbrojona w mapę, przewodnik, rozpiskę trasy i dwa telefony ruszyła podbijać okolice Knightsbrigde. O dziwo, samotna wyprawa okazała się nie być aż tak przerażająca jak mi się pierwotnie wydawało. Londyńskie metro jest niesamowicie rozbudowane (12 linii i ponad 400 km długości...) jednak ktoś mądry zadbał o to, żeby jego plan był zrozumiały dla zwykłych śmiertelników i takich antytalentów topograficznych jak ja. Nie odmówiłam sobie również przyjemności przejażdżki na górnym pokładzie czerwonego autobusu. Tak na marginesie uznałyśmy ze Szpahlą, że jest to jedna z najlepszych atrakcji turystycznych miasta, będąca jednocześnie środkiem transportu, źródłem dochodu (jednorazowy bilet to koszt ok. 1,5 funta) i żywą reklamą. Wyobrażacie sobie nasze "piękne" wrocławskie Ikarusy w wersji dwupiętrowej?

Dom handlowy Harrods.

Przy okazji warto wspomnieć, że niestety koszty transportu w stolicy są przytłaczające. Przejazd metrem lub pociągiem to ok. 2,5 funta. Trasa z Enfield do centrum wymaga min. 1 przesiadki (co i tak, biorąc pod uwagę wielkość Londynu, jest bardzo dogodne), więc średnio jednorazowa wyprawa kosztuje nas 8,5 funta... Jednak biorąc pod uwagę, że darmowe muzea i zapierające dech widoki, uznajmy, że cena jest do przełknięcia.


Ze względu na pogodę, ograniczone zapasy i obawę przed pobłądzeniem zdecydowałam się na prostą trasę obejmującą podziwianie przepięknej zabudowy i zwiedzenie muzeum Wiktorii i Alberta.
Jeszcze dobrze nie wyszłam z metra, a już zachwycałam się cudownymi wystawami sklepowymi (trzeba przyznać, że w tym londyńczycy są na prawdę nieźli), nie wiedząc nawet, że podziwiam ponadstuletni, luksusowy dom towarowy Harrods.





Dalej natrafiłam na niepozornie wyglądający katolicki kościół, którego barokowe wnętrze po prostu rozłożyło mnie na łopatki. Niesamowity klimat tego miejsca sprawił, że miałam ochotę siedzieć tam godzinami. Z bólem serca przyznaję, że bardzo żałuję, że ani nie mogłam zostać tam dłużej ani, że nie mogłam robić zdjęć. Kolejna perełka Londynu.


Na deser zostawiłam sobie muzeum Wiktorii i Alberta. Już sam gmach zrobił na mnie ogromne wrażenie, a wnętrze... wisienka na torcie. Wystawy sztuki i rzemiosła artystycznego - od wschodnich dywanów z  XVI wieku, przez antyczne rzeźby, samurajskie miecze, pogańskie kolumny, obrazy Rafaela...




Pożegnanie z muzeum było tym bardziej przykre, że okazało się, że czekał mnie upojny spacer w deszczu. Nie ma jednak tego złego... 



Mam nadzieję, że następnym razem będziemy mogły razem cieszyć się odkrywaniem Londynu. W końcu szczęściem najlepiej się dzielić.
OM

2 komentarze:

  1. Kupcie sobie oystery, będzie taniej;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy esterki ale właśnie w cale dużo taniej nie wychodzi jeśli chodzi o całodzienny bilet:)

      Usuń