poniedziałek, 3 listopada 2014

Nie wiesz od czego zacząć zwiedzanie? Idź przed siebie.

Można mieć wielkie plany, wspaniałe mapy i wyznaczone drogi. Wychodzisz z metra i...? Piękne budynki, w starym stylu, tłumy idące w swoją stronę i tyle rzeczy, które chcesz na raz zobaczyć.


Wysiadłyśmy z metra i stanęłyśmy w Green Parku. Dużo pięknych drzew i zielonej, krótko przystrzyżonej trawy. No i leżaki. Niby małe elementy, które sprawiają, że chcesz się zatrzymać, usiąść i patrzeć w dal.

Popatrzyłyśmy na drogowskazy i ruszyłyśmy w stronę Buckingham Palace. Warto wcześniej sprawdzić, o której jest zmiana warty. Nam się udało i zobaczyłyśmy początek pochodu w towarzystwie tłumu turystów i policjantów w specyficznych czapkach, w dodatku na koniach. Niestety sprawy organizacyjne nie pozwoliły nam na obejrzenie całego widowiska, ale spokojnie, co się odwlecze to nie uciecze.



Kolejnym przystankiem po załatwieniu formalności związanej z przyszłą pracą było tesco. Może to nie jest obowiązkowy punkt zwiedzania, ale głodny turysta, to zmęczony turysta. Zaopatrzone w wodę, parówki i bułki ruszyłyśmy w poszukiwaniu miejsca do odpoczynku i nabrania sił. Takim o to sposobem znalazłyśmy się w wspaniałym St. James Park. Nie ma nic lepszego niż napełnianie brzuchów na trawie, wśród drzew i biegających wiewiórek. Tam też ujrzałyśmy kolejny cel naszej podróży, czyli London Eye. 



London Eye to jak wiadomo wielka konstrukcja przypominająca diabelski młyn. Osobiście uważam (Szpahla), że może ładnie wygląda i warto zobaczyć panoramę Londynu, ale ile można wysiedzieć w kabinie poruszającej się z prędkością ślimaka? Z daleka młyn wygląda na nieruchomy. Ładny, ale na zdjęciach. Jeśli ktoś lubi posiedzieć w klaustrofobicznej kabinie pełnej ludzi i spokojnie popatrzeć na otaczający go świat, to jest to coś dla niego. My zdecydowanie preferujemy zwiedzanie na nogach.



Krótki spacer wzdłuż Tamizy i już jesteśmy pod Big Benem. Rzeczywiście - robi wrażenie, zdecydowanie nie jest to przereklamowana atrakcja turystyczna. Neogotyk w najczystszej postaci. Kilka kroków dalej: Opactwo Westminsterskie. Alejka obok: Trafalgar square. Po prostu kosmos. Mistrz Yoda stoi obok Batmana i irlandzkiego dudziarza, a tłum gapiów bije oklaski dla ulicznego magika.
Życie, taniec i muzyka. Chcę tu zostać.


Ostatkiem sił udało nam się przelecieć przez National Gallery. Dlaczego tylko przelecieć? Ponieważ zawsze możemy pójść tam kolejny raz. Nawet dziesiąty, by godzinami kontemplować przy dziełach Leonarda. W końcu National Gallery jak większość muzeów w Anglii jest DARMOWA.

Nawiązując do tematu pieniędzy trzeba przyznać, że centrum Londynu do najtańszych nie należy. Sama wyprawa do centrum (i z powrotem) kosztowała nas ponad 8 funtów. Jeżeli jednak jesteśmy nastawieni wyłącznie na zwiedzanie, to do przetrwania wystarczy nam woda, bułki i atmosfera miasta.
Dzięki temu będzie to najsmaczniejsza bułka, jaką jedliście w życiu.

Kolejne przemyślenia:

- niesamowite wrażenie robi przegląd ludzi z całego świata: od ciemnoskórych, po Hindusów, Arabów, Włochów, Irlandczyków, Polaków. No i ortodoksyjnych Żydów. Nigdzie nie widziałyśmy tylu panów z pejsami jak tutaj.
Taki widok zostaje w głowie.
- łamanie przepisów drogowych nie grozi karą grzywny. I to notoryczne. Wystarczył jeden dzień w centrum miasta, by przekonać się, że jesteśmy jedynymi osobami przejmującymi się światłami na przejściach dla pieszych. Dla większości miejscowych/turystów czerwone światło to wyłącznie zalecenie by przyspieszyć kroku.
- mewy też mogą latać w środku miasta, nie leżącego nad morzem.

Londyn jest niesamowity. Jeśli nie wiesz co robić - zapytaj. A jeśli nie wiesz dokąd iść - po prostu idź przed siebie.


OM&OP

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz