czwartek, 18 grudnia 2014

Gdzie nogi poniosą :)

Po wielu, wielu dniach pracy, mijania się i obowiązków nastał czas, kiedy w końcu obie miałyśmy aż dwa dni wolnego w tym samym czasie. Szaleństwo. Oczywiście wolne = wiele domowych zadań, w tym przeprowadzka, dlatego postawiłyśmy na jeden główny punkt: British Museum.

Jak zwykle nasze plany podczas wycieczki zmieniają się z prędkością światła. Wsiadamy do metra, jedziemy, jedziemy (naszą ulubioną linią metra " Victoria", ze względu na częste awarie i przystanki wśród podziemi), aż tu nagle postój na King's Cross. Szybka analiza i wysiadka. Nie ma chyba osoby, która nie znałaby peronu 9 i 3/4 z Harrego Pottera. Może zdjęcie z peronem? A może różdżka dla pana? Fajnie na chwilę pobujać z głową w chmurach. O ile peron sam w sobie ma swój urok (kolejka do zdjęcia z wózkiem w ścianie niesamowicie wielka), o tyle sklep z gadżetami z Harrego Pottera lekko rozczarował, bo był wyjątkowo mały, a szkoda. W dodatku 30 funtów za szalik Gryffindoru... Seriously?





Czar prysł (chyba u Ciebie, Szpahla! Ja wracam po mojego Nimbusa), kolej na dalszą część wycieczki. Londyn, jak już pisałyśmy ma to do siebie, że idziesz w konkretnym celu, a po drodze mijasz jeszcze setki pięknych uliczek, budynków i parków. I tak, o to budynek za budynkiem, szłyśmy dalej. 

Angielska pogoda nas rozpieszcza.






W końcu - po półtora miesiąca od przyjazdu i kilku planowanych wycieczkach do centrum - udało się. Trafiłyśmy do British Museum.


Budynek z zewnątrz przypomina sąd, albo sejm, ale jego wnętrze było dużo bogatsze. W środku znalazłyśmy kilka pięter. Każda z części przedstawiała poszczególne kultury: a to Egipską,  to Afrykańską, przez Chińską i Indyjską itd. Ilość eksponatów była oszałamiająca. 











Ogólnie oceniając muzeum : 
- Micha była zachwycona ilością tak wspaniale zachowanych eksponatów. Numer jeden na liście atrakcji Londynu.
- Szpahla była rozczarowana małą ilością mumii i nowoczesnym wyglądem budynków. Numer jeden na jej liście nadal zajmuje Natural History Museum. 

Na pewno warto tu przyjechać. Jest to obowiązkowy punkt wycieczki po Londynie. Po prostu nie da się opisać wrażenia, które odczuwa człowiek w sali pełnej eksponatów mających kilka tysięcy lat. Moje (Micha) jedyne skojarzenie, które choć trochę to oddaje, to piosenka Dust in the wind... 

W dodatku obie jesteśmy pewne, że nawet dla odpornych na wiedzę, będzie to na prawdę ciekawa atrakcja. Jak widać na załączonych obrazkach, była to dla nas najlepsza forma wypoczynku. 
Oczywiście abstrahując od faktu, że resztę dnia spędziłyśmy na zakupach.

OM&OP

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz