środa, 31 grudnia 2014

Ostatnie zwiedzanie... w tym roku.

Tym razem nasza wycieczka została zaplanowana w każdym calu, a dzień wypełniony do ostatniej minuty. Mimo to - jak za każdym razem - doba okazała się za krótka i musiałyśmy zrezygnować z istotnego punktu zwiedzania: Chinatown. Jednak zdecydowanie to, co udało nam się zobaczyć zrobiło na nas duże wrażenie.




Stacja Liverpool Street






Najważniejszym elementem wycieczki miało być zobaczenie Tower Brigde i Tower of London - w końcu (po dwóch miesiącach mieszkania w Londynie) wypadałoby obejrzeć na żywo i w kolorze te symbole Wielkiej Brytanii. Tower Brigde, najsłynniejszy angielski most zwodzony, jest rzeczywiście imponujący i w pełni zasługuje na uwiecznianie go na fotografiach w mroźny poranek.



Gdzie są moje jednorożce?















Co do Tower of London... Twierdza jaka jest każdy widzi. Przy naszej rodzimej twierdzy Kłodzkiej wypada blado, bardzo blado. Tak czy siak, ważny dla anglików, punkt zaliczony. Żałujemy tylko, że nie odwiedziłyśmy twierdzy w listopadzie, kiedy między murami, wśród traw, można było zobaczyć ogromną ilość czerwonych maków. To rzeczywiście mogło być imponujące. Nasza strata.
Przy okazji, spacerując wzdłuż Tamizy miałyśmy okazję podziwiać (w pięknym słońcu! Trzy razy "tak" dla angielskiej pogody!") , a właściwie zadumać się nad niezwykłym widokiem londyńskiej panoramy. Dla City najbardziej charakterystyczne jest oczywiście "jajo" (30 St Mary Axe), jeden z najwyższych wieżowców Londynu. Zaraz obok mamy bardziej klasyczne budowle, przeplatane kolejnymi drapaczami chmur. Pełen eklektyzm ale swój urok ma. Patrząc na ogromom i różnorodność budynków ma się wrażenie przeskakiwania pomiędzy miastami - od Nowego Yorku po starożytne Ateny. Mieszanka wybuchowa, jak w przypadku mieszkających tu narodowości. 




Skoro już zajechałyśmy tak daleko, uznałyśmy, że grzechem nie było by zajrzeć na słynny Borough Market - najsłynniejszy targ świeżej żywności w Londynie. I tu spotkało nas przykre rozczarowanie - pustki. Ani masy jedzenia, ani Gordona Ramsaya ani Jamiego Olivera. Nie ma jednak tego złego... Przynajmniej mogłyśmy zachwycić się widokiem Southwark Cathedral (przynajmniej ja się zachwyciłam. Ja tam uwielbiam zachwycać się takimi rzeczami, Szpahla potrzebuje do tego dinozaurów).


Prosto na wrocławski Nowy Dwór.

Po krótkim odpoczynku i nabraniu sił, skierowałyśmy się w stronę Museum of London. Przy tej okazji musimy serdecznie podziękować Mateuszowi Ł., który polecił nam tę muzealną perełkę;) O ile British Museum pełne jest przepychu i trudnobrzmiących słów w podpisach pod eksponatami, to Muzeum Londynu jest niesamowicie przystępne i interaktywne. Raj dla dzieciaków (byłam świadkiem, jak maluchy obok nas krzyczały "Maaaamo! Zostajemy tu cały dzień" podczas zabawy w ratowanie studni przed skażeniem. Gdy nie udało im się wybić wszystkich bakterii po sali szybko rozchodził się dość charakterystyczny zapach...) a i dorośli nie mają prawa się nudzić. Byłyśmy zachwycone przechadzając się XIX-wiecznymi londyńskimi alejkami czy próbując zagrać w wyświetlane zabawy.


Cezar podbija Brytanie. Brakuje tylko Asterixa.





Z pozdrowieniami dla Mamy Szpahli!
Na sam deser zostawiłyśmy sobie krótki spacer do katedry św. Pawła (jednej z najbardziej znanych świątyń anglikańskich, w której m.in. odbył się ślub księżnej Diany). Klasycyzm w pełnej postaci. Ja tam nie kryłam się nawet z moim zachwytem, Szpahli niestety nadal brakowało dinozaurów, choć uprzejmie przyznała, że rzeczywiście warto zobaczyć.




I po wszystkim wsiadłyśmy w naszej ulubione metro, w kierunku do spokojnego Enfield...


OM&OP