"Jeśli człowiek zmęczy się Londynem, oznacza to, że zmęczył się życiem,
bo Londyn ma wszystko, co życie może nam zaoferować."
Samuel Johnson
Czy wyobrażacie sobie sklep vintage, cyberdoga i budkę z chińszczyzną w jednym miejscu?
Obowiązkowo. W Londynie wszystko jest możliwe.
Korzystając z kolejnego wspólnego, wolnego dnia zdecydowałyśmy się na następne zwiedzanie. Jesteśmy tu już prawie 3 miesiące i niestety ilość miejsc, w których jeszcze nie byłyśmy jest bardzo ograniczona. Gdy pomysłów już brak, warto zapytać wujka Google jakie to piękne miejsca skrywają tutejsze mury. Takim oto sposobem trafiłyśmy na Camden. Micha skomentowała to krótko: "To był jakiś kosmos" - w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.




Jadąc na London Bridge, Buckingham Palace czy pod Big Bena wiesz czego możesz się spodziewać. Te wszystkie zabytki są wspaniałe, wręcz czuje się bijący od nich zapach historii przez wielkie "H". Mimo to nigdzie nie opadły nam tak szczęki jak na Camden Town. Spodziewałyśmy się londyńskiego "świebodzkiego", a odkryłyśmy wspaniałe uliczki z budynkami pokrytymi niesamowitymi płaskorzeźbami i malunkami: buty, samoloty, smoki. Sprzedawcami były panie z wielkimi dredami, ubrane w cyber kostiumy rodem z Gwiezdnych Wojen, mężczyźni przebrani za drwali (a może po prostu drwaloseksualni, kto ich tam wie) czy damy w stylu gotyckiego vintage. Coś wspaniałego! Nie mogłyśmy się nadziwić ilością tak przeróżnych rzeczy stojących tuż obok siebie. Tu tureckie dywany, gdzie indziej bluzki ze szkieletami, pieszczochy, odblaskowe dredy i sukienki w stylu pin-up. Wszyscy mówią sobie dzień dobry, wszyscy się do ciebie uśmiechają. Do tego wszystko w bardzo (jak na Londyn) przystępnych cenach.



 |
| Buty idealne dla krawcowej. |
Jeśli komuś nasunęło się pytanie z kategorii "ale o co chodzi z tymi końmi" to już śpieszymy z wyjaśnieniami. Camden Town dzieli się na sześć sekcji, ale największą popularnością (i naszym najgłębszym uczuciem) cieszy się The Stables Market - wielopoziomowy targ rozmaitości, wybudowany w miejscu dawnych stajni i szpitala dla koni. Właściwie na każdym kroku można wpaść na podkowę, kowala lub głowę konia, co w zetknięciu z towarami wystawionymi na straganach, sieje w głowie niemożliwe do opisania spustoszenie. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć.
 |
| Amy Winehouse wiecznie żywa. |
 |
| Żyrandole na targu? Czemu nie. |
 |
| Micha się stroi. |
Bardzo ciekawą częścią Camden jest mała "Wenecja". Tuż obok rzeki znalazłyśmy pub, w którym świętej pamięci Amy Winehouse stawiała pierwsze kroki - w tej chwili sprofanowany przez... Starbucksa.
 |
| Raj dla Mamy Szpahli. Wciąż i wciąż. |
Gdy poczułyśmy zmęczenie postanowiłyśmy się napić kawy w "Coffee Circus" przygotowanej przez sympatycznego Drwala, na "zmotoryzowanym" straganie. Pycha! Sturbucks się chowa. Niestety szanowny pan Drwal odmówił zdradzenia mi (Szpahla) tajemnicy tworzenia pięknego liścia ze śmietanki do kawy, bo inaczej musiałby mnie zabić. No cóż. Może następnym razem :)
Wisienką na torcie rozmaitości Camden okazał się być Cyberdog. Jeden z najdziwniejszych sklepów, w jakim zdarzyło mi się (Micha) postawić nogę. Dziewczyny z kolorowymi dredami w kosmicznych strojach sprzedają fluorescencyjne ciuchy i gadżety wśród cyborgów powieszonych na ścianach. Całość oprawiona psychodeliczną muzyką i niesamowitą grą świateł. Nie ma opcji - micha sama się cieszy.
Koniec tego dobrego. W końcu cały dzień przed nami, więc pora na kolejny przystanek.
Chinatown. Z dawna wyczekiwane, niosące za sobą obietnicę orientalnych smaków i zapachów. No cóż, z pewnością ciekawych zapachów nie zabrakło - Szpahla stwierdziła, że w pewnym momencie aromat egzotycznych podrobów prawie zwalił Ją z nóg. Niestety Chinatown okazało się być wielkim rozczarowaniem. Uliczka z kilkoma chińskimi sklepami i restauracjami. Nic, zupełnie nic ciekawego. Jedyne czym mogłyśmy się zachwycić to witrynami przedstawiającymi niezbyt ciekawie prezentujące się wnętrzności sympatycznych (niegdyś) zwierzątek. Planowałyśmy się przenieść w świat muru chińskiego i gejsz, a ostatecznie nie miałyśmy nawet gdzie zjeść, ponieważ ceny okazały się zdecydowanie zbyt wygórowane.






Będąc w centrum odwiedziłyśmy również Soho - słynną dzielnicę pełną wąskich alejek, sklepów, pubów i dyskotek, która - cytując wikipedię - "uchodzi za miejsce w którym najwyraźniej widoczna jest wielokulturowość Londynu. Jest synoninem przemysłu, handlu, kultury i rozrywki". Przykre, ale przed nami jakoś ta rozrywka się schowała - możliwe, że przed deszczem. Odebrałyśmy Soho bardziej jako raj dla pasjonatów zakupów z wyższej półki. Może to też blask Camden Town przyćmił nam wszelkie uroki zarówno Chinatown jak i Soho, jednak z pewnością nie planujemy kolejnej wizyty w tych miejscach.
 |
| Wpuścić dziewczyny do sklepu z zabawkami. |
Oczywiście nie mogłyśmy obojętnie przejść obok sklepu M&M's. Za pierwszym razem zwiedziłyśmy tylko jedno piętro. Tym razem zajrzałyśmy w każdy zakamarek, a zapachem czekolady przesiąknęłyśmy całe, aż do zemdlenia.
 |
| Kolory! Wszędzie kolory i jeszcze więcej kolorów. |
 |
| Daria odnalazła swojego księcia. |
 |
| Może m&msa? Szpahli - dość znacząco - przypadły czarne. |
 |
| Bluza m&ms z kryształami Swarovskiego... |
Po lekkim osłodzeniu sobie życia ruszyłyśmy odhaczyć z listy kolejny punkt wycieczki. National Portret Gallery znajduje się przy National Gallery i standardowo jest bezpłatne. Niestety wielkim minusem (choć zrozumiałym) tego miejsca jest zakaz robienia zdjęć. Sam budynek mały, ale z pewnością wartościowy. Zaczynając od Tudorów (wszystkie oblicza Henryka VIII i Elżbiety I), poprzez księżną Dianę, Davida Bowie i Elżbietę II. Portrety historyczne zrobiły na nas wrażenie ze względu na niesamowitą ilość pracy w nie włożoną i dbałość o szczegóły. Sale współczesne to natomiast połączenie pięknego portretu księżnej Kate, ze zdjęciem Beara Gryllsa i... projekcją śpiącego Davida Beckhama.
Idealne miejsce na spokojny spacer, szczególnie gdy na zewnątrz pada.
 |
| Musi Wam starczyć nasz portret. |
Wielogodzinna wycieczka musiała zakończyć się burczeniem w brzuchu. Chinatown nie sprostało naszym wymaganiom, więc co zrobiłyśmy? Wróciłyśmy tam, gdzie było nam najlepiej, do Camden. Budki z jedzeniem z całego świata, za grosze zdecydowanie wygrywają każdy ranking najlepszej restauracji w Londynie. Meksykańskie, włoskie a może indyjskie? Szybko zdecydowałyśmy się na "korytko" z chińskiej budki. Za 5 funtów możesz spróbować wszystkiego - od kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, przez kurczaka w cieście i wołowine w sosie barbecue. I jak tu się odchudzać?
To był zdecydowanie udany dzień. Jak i wiele poprzednich. Jednakże w tym dniu przekonałyśmy się, że nie tylko wielkie budowle i muzea, stale opisywane w przewodnikach mogą zrobić na nas wielkie wrażenie. Camden urzekło nas swoją niecodziennością, otwartością i różnorodnością. Wróciłyśmy do domu i naszym pierwszym zdaniem było: to może w przyszłym tygodniu znowu tam pojedziemy? Pozostałe miejsca, po prostu trzeba było zwiedzić. Nie żałujemy żadnego punktu wycieczki.
Po prostu już wiemy, gdzie warto wrócić.
OM&OP
Coraz lepsze teksty, coraz lepsze zdjęcia. Oby tak dalej Siostra!!!
OdpowiedzUsuń